Epicki przysiad zaczyna się w głowie.

Przysiad. Zrób epicki przysiad! 

Kojarzysz sytuację, kiedy sztanga spoczywa na plecach, bierzesz głęboki wdech i nurkujesz w dół. Następnie wybijasz się z dna niczym gumowa piłeczka i lecisz w górę robiąc wszystko co możesz, żeby skończyć bój i stanąć na prostych nogach.

Opowiem Ci o tym z trochę innej perspektywy. Opowiem Ci to z perspektywy gościa, który nie cierpiał przysiadów przez większość swojego życia, a następnie zamienił nienawiść w szczerą miłość i uwielbienie. 

Od momentu przekroczenia 250 kg w przysiadzie musiałem nauczyć się wiele, zanim dołożyłem każde kolejne 10 kg. I to wcale nie było programowanie treningowe. Tutaj już nie wystarczy odbić się z neoprenów i pchać ile sił. Grawitacja jest nieubłagana, a im większy ciężar, tym mniej Ci sprzyja.  

Po pierwsze, musisz być świadomy. Musisz doskonale zdawać sobie sprawę, w którym momencie jesteś, na jakiej głębokości, kiedy użyć dupy, kiedy pleców i jak to wszystko ze sobą zsynchronizować, żeby sztanga nie spadła z Ciebie, lub z Tobą.

Podczas treningów skup się na tym, żeby każdy ruch był idealny. Zarówno te z pustą sztangą, jak i ostatnia seria. Mają wyglądać tak samo, tylko z większą intensywnością. Wszystko co wypracujesz na rozgrzewce, odda Ci na seriach roboczych. Powyżej 85%CM już nie jesteś w stanie tak manipulować zaniedbaniami technicznymi, jak wcześniej. Tutaj działa zasada uciekaj, albo walcz. Technika musi być wyryta w Twojej pamięci neuromuskularnej. Doceń serie rozgrzewkowe i przykładaj się do nich na sto procent!

Stwórz sobie środowisko, które będzie Ci sprzyjać. Muzyka, ludzie. Dobieraj swoich partnerów treningowych tak, żeby nie rozpieprzali Ci treningu pierdoleniem o sobotniej imprezie. Nic, co nie jest związane z treningiem nie ma prawa bytu na sali treningowej podczas treningu przysiadów, ławy czy ciągów. To są, kuźwa ciężkie rzeczy i nie rozpraszaj się. Chcesz coś powiedzieć, powiedz co zjebałem w poprzedniej serii. Będzie to cenniejsze, niż zbędne pierdoły. 

A teraz pięć punktów, które uważam za MUST BE przed naprawdę ciężkimi podejściami. Mówię o tych podejściach, kiedy strach zagląda Ci przez oczy i mówi „stary, zginiesz, idź lepiej do domu, albo zdejmij z 10 kg. Tam jest śmierć, rozumiesz?”.

1. Wizualizacja – mówi się o niej niewiele na polskim podwórku. Nie doceniamy siły, jaką mamy dzięki swoim myślom i nastawieniu. Uwierz mi, to potrafi dodać dużo kilogramów na sztangę. 

Wyobraź sobie, że stoisz obok siebie i czujnie patrzysz. Wyobraź sobie, jakbyś chciał aby bój został wykonany, jak będziesz wyglądał, co będziesz czuł w trakcie. Wczuj się w to (najlepiej zamknij oczy na chwilę) i wyobraź sobie jak wchodzisz pod sztangę i po kolei wykonujesz wszystko. Chwyt, wdech, wyjście, wzrok, rozstaw stóp, napięcie pleców i zaciśnięcie mocno dłoni na gryfie, poczuj radełko sztangi, poczuj jak ciężar wbija Cię w podłogę i stanowicie jedność. Wyobraź sobie, że już zrobiłeś ten przysiad. W Twojej głowie potrwa to może 5 sekund, ale poczujesz emocje, które zaraz Ci będą towarzyszyć. Następnie zrób to jeszcze raz. Dokładnie w tej samej kolejności i z tym samym uczuciem, jakie przed chwilą miałeś w głowie. Potraktuj to jak drugą serię! 

2. Technika – zmienna, trudna i żmudna zmienna, nad którą będziesz pracował całe życie.

Coś Ci powiem. Przed maksymalnym podejściem już nie ma miejsca na szlify techniczne. To już nie zadziała, a może utrudnić. Wszystko co zrobiłeś podczas rozgrzewki i poprzednich treningów zostało z Tobą. Ponadto, przed chwilą już wykonałeś to podejście, w swojej głowie. Po prostu, powtórz to. 

Jedyne, co teraz może Cię zawieść, to czas oczekiwania który będzie między otwarciem oczu, a wejściem pod sztangę. Poczułeś dreszcze na plecach, WCHODZISZ! 

Zacytuję tutaj mądry zwrot kolegi po fachu „trzymaj kurwa pion” – dosłownie. Nie pozwól, aby sztanga zmieniła Twój punkt widzenia, który obrałeś sobie przed startem. Nie pozwól, aby sztanga Cię złamała. Bądź jak monolit, twardy, zbity i niezwyciężony. 

3. Cierpliwy to i kamień ugotuje.

Stare powiedzonko jest tutaj w punkt. Nie licz na to, że w miesiąc dołożysz 20 kg. Każdy kilogram więcej celebruj, w jaki kurwa chcesz sposób. Ja lubię zjeść w maku po każdym PR. Nawet nie zauważysz kiedy Twój poprzedni maks, stał się jedną z serii rozgrzewkowych. Serio, tak się dzieje w perspektywie nawet kilku miesięcy. 

4. Nie patrz na mistrzów świata.

Są mistrzami świata, ponieważ mają w sobie coś nieprzeciętnego. Poza ciężką pracą włożoną w trening, mają ogromny bagaż doświadczenia, mają za sobą wiele porażek i najważniejsze DAR. Dla jednych darem będzie niesamowita dźwignia, dla innych nieprzeciętna siła, a kogoś jeszcze psychika odporna na wszystko. Nie naśladuj najsilniejszych. Poszukaj ludzi, którzy mają podobne predyspozycje do Ciebie, wzrost, wiek, staż. Jeżeli są silniejsi od Ciebie, poobserwuj ich. Być może wiedzą coś, co Tobie mogłoby pomóc. 

5. Ostatnie, moje ulubione. Stań się potworem (na chwilkę). 

30 sekund dzieli Cię od Twojego rekordu, dużo i niedużo. Niedużo, kiedy jeszcze ubierasz nadgarstki i zapinasz pas. Dużo, kiedy masz ułożony schemat wprowadzania się w stan, który sprawi że ludzie przyjdą z drugiego końca sali zobaczyć, co tu się odpierdala. Stwórz wokół siebie aurę, która zarazi innych. Bądź pewny siebie, bądź potężny, bądź imponujący. Twój przysiad zasługuje, żeby być imponującym! Nawet, kiedy jesteś sam na sali! (co jest głupotą podczas bicia rekordów)

Opowiem Ci, jak ja to robię.

Zamykam oczy i wywołuję wszystkie znane mi demony z najczarniejszych zakamarków mojej świadomości. Wywołuję je i wzywam do wrzasku, wzywam do walki. Wzniecam w swojej głowie wojnę (każdy kto mnie widział na treningu doskonale wie, kiedy to następuje). Budzę potwora, którym zaraz się stanę. Następnie, kipiąc amokiem wizualizuję sobie swój przysiad. Wznieca to we mnie ZAWSZE skrajne emocje, wręcz podniecenie. To jest ten moment, kiedy jestem gotowy. W środku płonę. Otwieram butelkę z amoniakiem, biorę soczysty wdech i wypuszczam tego sukinsyna na zewnątrz, który w mojej głowie zrobił już 10 powtórzeń z tym ciężarem i chce więcej. Chce kolejnego powtórzenia. Więc mu je daję. Wchodząc pod sztangę mam dokładnie ułożone, co zrobić. A stan emocjonalny w którym jestem nie pozwala mi nawet na sekundę zwątpienia. Karmię swojego potwora. Wstaję, zawsze wstaję. 

To są rzeczy, których nauczyłem się przez lata, dzięki którym czuję, że jestem tu gdzie powinienem i przede mną jeszcze wiele, potężnych przysiadów.

może ci się spodobać

Fix you squat #2 Odpowiednia sekwencja napinania

Co było pierwsze plecy, czy brzuch? Jak spinać core? Czy to w ogóle ma znaczenie? Poświęćcie 3 minuty na dzisiejszy materiał i […]