Udział czy wynik?

Ostatnimi czasy poluzowano obostrzenia, w związku z czym pojawiło się sporo imprez sportowych. Oglądając relacje/posty po starcie niektórych zawodników natknąłem się na takie teksty jak „Start nie był specjalnie udany, ale najważniejszy jest udział!”, albo „Z wyniku nie jestem zadowolony, ale nie poddajemy się, dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Teksty tego typu działają na mnie jak płachta na byka, także chętnie omówię tę kwestię.

Czy naprawdę w zawodach najważniejszy jest dla Ciebie udział? Wracasz po kontuzji? Nogę Ci urwało i dlatego samo wzięcie udziału w zawodach jest już sukcesem?
I jakie, kurwa, dopóki walczysz to jesteś zwycięzcą? Jesteś zwycięzcą, kiedy wygrasz – takie jest znaczenie tego słowa. Jeżeli nie jesteś zwycięzcą to jesteś przegranym. Koniec, kropka.

Jakkolwiek rzucenie takiego hasła od niechcenia może być kwestią złego doboru słów. Jednak kiedy zaczynamy to sobie powtarzać i, co gorsza (!), wierzyć to – wpadamy tu w pułapkę mentalności przegranego. W pułapkę osoby godzącej się na bylejakość, bo przecież nie liczy się jakość wykonania (czyt.: wynik), ale sam udział. Co będzie dalej? Na treningu też będzie liczył się udział? Będziesz zwycięzcą jak zrobisz połowę ćwiczeń akcesoryjnych na odwal się, bo przecież „ciągle walczysz”? W życiu też zadowoli Cię byle jaki partner? Obojętne jaka praca?

Nie obniżaj swoich standardów. Jak już startujesz, to załóż sobie cel. Realny cel do zrealizowania – nowy PR w siadzie, konkretny total do wykręcenia. Coś, co będzie ambitne, ale znajduje się w Twoim zasięgu. Niekoniecznie musi to być miejsce na pudle. Następnie rób wszystko podczas przygotowań i samego startu, aby go zrealizować.

Osiągnąłeś cel?
Zajebiście – możesz być z siebie dumny. Jesteś zwycięzcą. Powtórzę: niekoniecznie musisz stać na podium (jak Ci się udało to już w ogóle zajebiście), ważne, żebyś wygrał swoją własną sprawę.

Nie osiągnąłeś celu? Przegrałeś.
I nic tego już nie zmieni. A teraz wyciągnij wnioski z przegranej, popraw to, co nie działało i następnym razem spisz się lepiej.
Zaprzeczając swojej przegranej nie tylko obniżasz swoje standardy (sam udział zazwyczaj NIE jest wygraną), ale też odbierasz sobie szansę na analizę porażki i prace nad samym sobą. Bo w końcu, jeśli „wygrałeś”, to nie ma nic do poprawy, nie? Jest zajebiście. Byle jakie miejsce mi wystarcza. Brawo ja.

Jedź na zawody, żeby wygrywać. Żeby dominować.
Zapytałem jednego z moich zawodników (kat 110 kg, około poniżej 600 – czyli bardzo daleko mu do podium), po co jedzie na zawody.
Odpowiedział „Rozjebać wszystkich”.
Gość już mentalnie jest wygranym.

A wygrana to proces, który zaczyna się w głowie.

może ci się spodobać

Skuteczne programowanie treningowe

W jakim kontekście można ocenić skuteczność metody treningowej? W nowożytnej periodyzacji treningowej pojawiają się pojęcia „is” oraz „ought to”. „Is” to stan […]

Zrób z tego wyzwanie

Na sukces (lub porażkę) w sporcie składa się suma dobrych i złych treningów. Jak myślisz, których będzie więcej w Twojej karierze? Jeżeli jesteś […]

11 błędów, które blokują Twój progres

Jak zaczynałem swoją przygodę z trójbojem to wciągnąłem całą masę teksów typu „dlaczego nie progresujesz”. Autorami większości z nich byli naprawdę kumaci […]